Kontrolerzy ruchu lotniczego: Władcy przestworzy
2011/02/23 16:35 | dodał: ol
Fot. Piotr Pękala
Przed ekranami radarów siedzą młodzi ludzie, w większości dwudziestokilkuletni. Na monitorach śledzą podświetlone i opisane cyframi kolorowe punkty, przez telefony rzucają hasła po angielsku. To kontrolerzy ruchu lotniczego. W rękach trzymają życie tysięcy osób.
Atmosfera w budynku Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej, stojącym na obrzeżach warszawskiego Okęcia, jest spokojna. Ja spodziewałam się bieganiny, głośnych rozmów, harmidru. Tymczasem nikt nie krzyczy, nie ma żadnej nerwówki. – To jest odpowiedzialna praca. Ale nie ma co jej demonizować – uśmiecha się Grzegorz Chałotowski.
Do grupy kontrolerów ruchu lotniczego, która w tej chwili liczy w całej Polsce niespełna 500 osób (dla porównania – w Hiszpanii jest ich ponad 2000) Grzegorz trafił 10 lat temu. – Byłem wtedy na IV roku studiów, na wydziale transportu Politechniki Warszawskiej – opowiada. – Jako specjalność wybrałem sterowanie ruchem lotniczym. Któregoś dnia kolega powiedział mi, że jest nabór na kontrolerów ruchu lotniczego. On sam już wcześniej składał papiery, ale odpadł podczas eliminacji. Nie wierzyłem, że mógłbym się dostać. W zasadzie papiery złożyłem w ostatnim dniu. Dwa dni później zadzwonił telefon. Zostałem zaproszony na egzamin.
Aby zostać kontrolerem ruchu lotniczego, trzeba przede wszystkim zdać maturę. Konieczna jest także dobra znajomość języka angielskiego, bo to właśnie po angielsku kontrolerzy porozumiewają się z pilotami i kolegami po fachu z zagranicznych lotnisk. Kiedyś obowiązywały też ograniczenia wiekowe – maksimum 26 lat dla osoby rozpoczynającej szkolenie. Teraz ten warunek został zniesiony, ale im młodsi kandydaci, tym lepiej, bo wyszkolenie kontrolera trochę trwa. Oczywiście potrzebna jest też wyobraźnia przestrzenna, odporność na stres, przydają się zdolności matematyczne. – Ale wśród kontrolerów wielu jest językoznawców, a nawet polonistów – uśmiecha się Marta Kossowska. Ona sama w ubiegłym roku obroniła magisterium z konserwacji dzieł sztuki na Akademii Sztuk Pięknych. I także rok temu zrobiła licencję kontrolera ruchu lotniczego. – Zawsze fascynowało mnie lotnictwo. W III klasie liceum zaczęłam latać na szybowcach, zrobiłam licencję samolotową i szybowcową – opowiada. – Właśnie w aeroklubie dowiedziałam się o prowadzonym naborze na kontrolerów. Dwa razy składałam papiery. Za pierwszym zabrakło mi kilku punktów, za drugim się udało.
Ogłoszenia o rekrutacji są publikowane na stronie internetowej Państwowej Agencji Żeglugi Powietrznej. Odpowiadają na nie setki osób. Ci, których dokumenty przejdą pozytywną weryfikację, zostają zaproszeni na egzaminy. – Wszystko odbywa się w jednym dniu. Największe sito jest na angielskim. Ale znajomość tego języka na poziomie FCE w zupełności wystarczy – mówi Grzegorz. – Po zaliczeniu angielskiego
kolejny etap to testy psychologiczno- -predyspozycyjne. To zadania wymagające logicznego myślenia, spostrzegawczości. Trzeba je rozwiązać pod presją czasu. Na końcu jest rozmowa z komisją. Oczywiście kandydat musi jeszcze przejść obowiązkowe badania lekarskie. Przeciwwskazaniem do tej pracy jest na przykład cukrzyca czy poważne wady wymowy. Razem ze mną do egzaminów stanęło kilkaset osób. Przyjęto jedenaście – opowiada.
Wyłoniony po egzaminach kandydat od razu trafia na szkolenie. I od razu zostaje zatrudniony na pełny etat, choć początkowo jest to umowa na czas określony. Nie zarabia wiele, raczej najniższą krajową. – Szkolenie zaczyna się od trzymiesięcznego kursu teoretycznego – relacjonuje Marta Kossowska. – Uczymy się między innymi nawigacji, meteorologii, prawa lotniczego. Po teorii, zakończonej oczywiście egzaminami, zaczyna się trzymiesięczne szkolenie na symulatorze. Zanim jednak rozpocznie się cały cykl szkolenia, każdy z nas wybiera, czy chce być kontrolerem lotniska, zbliżania, czy obszaru. – Kontrolerzy lotniska odpowiadają za to, co dzieje się na lotnisku, w skrócie za starty, lądowania i kołowanie – wyjaśnia Grzegorz Chałotowski. – Kontrola zbliżania „opiekuje się” samolotem w promieniu 50 mil od lotniska. Później lot przejmują kontrolerzy obszaru, którzy są odpowiedzialni za wszystkie samoloty znajdujące się w obrębie polskiej przestrzeni powietrznej. Jest ona podzielona na osiem sektorów. Nad każdym sektorem czuwa równocześnie dwóch kontrolerów, którzy pracują w parze. Pilnują, aby każdy lot trzymał się własnego korytarza. Wiedzą, co to za samolot, skąd i dokąd leci, na jakiej wysokości, w którym miejscu wleciał nad Polskę i w którym ją opuści.
Po zakończonym szkoleniu na symulatorze zdaje się egzamin państwowy przed Lotniczą Komisją Egzaminacyjną, na licencję praktykanta. Trzeba za to zapłacić 2500 złotych. Potem należy jeszcze odbyć praktyki jako asystent kontrolera. Dopiero po nich przez półtora roku jest się praktykantem na stanowisku kontrolera. Później znów zdaje się egzamin państwowy (ten kosztuje już tylko 200 złotych) i już jest się samodzielnym, licencjonowanym kontrolerem. – Od momentu rozpoczęcia szkolenia wszystko to trwa mniej więcej trzy lata – mówi Marta.
Czy często muszą się mierzyć z sytuacjami stresującymi? – Najpoważniejszy przypadek, jaki pamiętam, obserwowałem na stanowisku obok. Kolega sprowadzał na ziemię samolot z Madrytu, który musiał awaryjnie lądować. A akurat w Warszawie była ogromna awaria i w połowie miasta, także na lotnisku, wysiadł prąd. Ale wszystko poszło dobrze – wspomina Grzegorz. – Ja sam miałem sytuację na styku bezpieczeństwa, kiedy kierowałem ruchem podczas okropnej burzowej pogody. Pilotom nie wolno wlatywać w strefy burzowe, a ruch był wtedy bardzo duży i niewielkie miałem pole manewru, aby na przykład obniżać czy wznosić samoloty. Ale udało się.
Do grupy kontrolerów ruchu lotniczego, która w tej chwili liczy w całej Polsce niespełna 500 osób (dla porównania – w Hiszpanii jest ich ponad 2000) Grzegorz trafił 10 lat temu. – Byłem wtedy na IV roku studiów, na wydziale transportu Politechniki Warszawskiej – opowiada. – Jako specjalność wybrałem sterowanie ruchem lotniczym. Któregoś dnia kolega powiedział mi, że jest nabór na kontrolerów ruchu lotniczego. On sam już wcześniej składał papiery, ale odpadł podczas eliminacji. Nie wierzyłem, że mógłbym się dostać. W zasadzie papiery złożyłem w ostatnim dniu. Dwa dni później zadzwonił telefon. Zostałem zaproszony na egzamin.
Aby zostać kontrolerem ruchu lotniczego, trzeba przede wszystkim zdać maturę. Konieczna jest także dobra znajomość języka angielskiego, bo to właśnie po angielsku kontrolerzy porozumiewają się z pilotami i kolegami po fachu z zagranicznych lotnisk. Kiedyś obowiązywały też ograniczenia wiekowe – maksimum 26 lat dla osoby rozpoczynającej szkolenie. Teraz ten warunek został zniesiony, ale im młodsi kandydaci, tym lepiej, bo wyszkolenie kontrolera trochę trwa. Oczywiście potrzebna jest też wyobraźnia przestrzenna, odporność na stres, przydają się zdolności matematyczne. – Ale wśród kontrolerów wielu jest językoznawców, a nawet polonistów – uśmiecha się Marta Kossowska. Ona sama w ubiegłym roku obroniła magisterium z konserwacji dzieł sztuki na Akademii Sztuk Pięknych. I także rok temu zrobiła licencję kontrolera ruchu lotniczego. – Zawsze fascynowało mnie lotnictwo. W III klasie liceum zaczęłam latać na szybowcach, zrobiłam licencję samolotową i szybowcową – opowiada. – Właśnie w aeroklubie dowiedziałam się o prowadzonym naborze na kontrolerów. Dwa razy składałam papiery. Za pierwszym zabrakło mi kilku punktów, za drugim się udało.
Ogłoszenia o rekrutacji są publikowane na stronie internetowej Państwowej Agencji Żeglugi Powietrznej. Odpowiadają na nie setki osób. Ci, których dokumenty przejdą pozytywną weryfikację, zostają zaproszeni na egzaminy. – Wszystko odbywa się w jednym dniu. Największe sito jest na angielskim. Ale znajomość tego języka na poziomie FCE w zupełności wystarczy – mówi Grzegorz. – Po zaliczeniu angielskiego
| Tyle zarobisz |
| do 1000 zł – tyle zarabia kursant przygotowujący się do zawodu kontrolera lotniczego ok. 3000 zł netto – to zarobki praktykanta z licencją ok. 10 000 zł netto – tyle może zarobić licencjonowany początkujący kontroler |
Wyłoniony po egzaminach kandydat od razu trafia na szkolenie. I od razu zostaje zatrudniony na pełny etat, choć początkowo jest to umowa na czas określony. Nie zarabia wiele, raczej najniższą krajową. – Szkolenie zaczyna się od trzymiesięcznego kursu teoretycznego – relacjonuje Marta Kossowska. – Uczymy się między innymi nawigacji, meteorologii, prawa lotniczego. Po teorii, zakończonej oczywiście egzaminami, zaczyna się trzymiesięczne szkolenie na symulatorze. Zanim jednak rozpocznie się cały cykl szkolenia, każdy z nas wybiera, czy chce być kontrolerem lotniska, zbliżania, czy obszaru. – Kontrolerzy lotniska odpowiadają za to, co dzieje się na lotnisku, w skrócie za starty, lądowania i kołowanie – wyjaśnia Grzegorz Chałotowski. – Kontrola zbliżania „opiekuje się” samolotem w promieniu 50 mil od lotniska. Później lot przejmują kontrolerzy obszaru, którzy są odpowiedzialni za wszystkie samoloty znajdujące się w obrębie polskiej przestrzeni powietrznej. Jest ona podzielona na osiem sektorów. Nad każdym sektorem czuwa równocześnie dwóch kontrolerów, którzy pracują w parze. Pilnują, aby każdy lot trzymał się własnego korytarza. Wiedzą, co to za samolot, skąd i dokąd leci, na jakiej wysokości, w którym miejscu wleciał nad Polskę i w którym ją opuści.
Po zakończonym szkoleniu na symulatorze zdaje się egzamin państwowy przed Lotniczą Komisją Egzaminacyjną, na licencję praktykanta. Trzeba za to zapłacić 2500 złotych. Potem należy jeszcze odbyć praktyki jako asystent kontrolera. Dopiero po nich przez półtora roku jest się praktykantem na stanowisku kontrolera. Później znów zdaje się egzamin państwowy (ten kosztuje już tylko 200 złotych) i już jest się samodzielnym, licencjonowanym kontrolerem. – Od momentu rozpoczęcia szkolenia wszystko to trwa mniej więcej trzy lata – mówi Marta.
Czy często muszą się mierzyć z sytuacjami stresującymi? – Najpoważniejszy przypadek, jaki pamiętam, obserwowałem na stanowisku obok. Kolega sprowadzał na ziemię samolot z Madrytu, który musiał awaryjnie lądować. A akurat w Warszawie była ogromna awaria i w połowie miasta, także na lotnisku, wysiadł prąd. Ale wszystko poszło dobrze – wspomina Grzegorz. – Ja sam miałem sytuację na styku bezpieczeństwa, kiedy kierowałem ruchem podczas okropnej burzowej pogody. Pilotom nie wolno wlatywać w strefy burzowe, a ruch był wtedy bardzo duży i niewielkie miałem pole manewru, aby na przykład obniżać czy wznosić samoloty. Ale udało się.
Tagi: lotnik ruch samolotów pilot ruchu powietrznego pilot ruchu zawód lot kontroler ruchu lotniczego samolot
Oceń artykuł:
0.00
Powiązane artykuły:
Latanie tylko dla orłów
Pierwszy krok w chmurach
Steruj sam lotem
Posypane ferie
Najlepsza praca świata
Jak ugryźć kasę na marzenia
Meteorolog - Praca na wielu frontach
„Grasz o staż” dobiega końca!
Poskramiaczki urwisów, czyli żywot przedszkolanki
Do czego służy doradca zawodowy?
"Grasz o staż" – dziś mija termin...
Blipnij

