Sprzedaj się przez Internet
2011/02/24 15:51 | dodał: ol
Fot. Piotr Pękala
Czy kompromitujące zdjęcie z imprezy opublikowane na Facebooku może przekreślić szanse na dostanie wymarzonej pracy? Lepiej tego nie sprawdzaj. Zadbaj o swój sieciowy wizerunek, żeby potem nie żałować.
Czy Internet pomaga w znalezieniu pracy? Oczywiście. Portale z ogłoszeniami to najprostszy sposób na dotarcie do ciekawych ofert. Ale jeśli wysyłasz aplikację do potencjalnego pracodawcy, musisz wiedzieć, że rekruter – często zanim zajrzy w CV – wpisuje twoje nazwisko do wyszukiwarki. Facebook i pozostałe strony społecznościowe, blogi, fora, serwisy fotograficzne, portale z randkami – sprawdzi wszystko, a ty niczego nie ukryjesz. Znajdzie każdą kompromitującą informację na twój temat.
Jak się przed tym bronić? Można po prostu złapać byka za rogi. Tak jak zrobił to 23-letni Szczepan Bentyn. – Nie ukrywam, nie mam takiego CV, które zainteresowałoby wiele firm. Liczyłem raczej na to, że osiągnę swój cel pewną bezczelnością – opowiada Szczepan. Dlatego zorganizował największą w polskim Internecie akcję promocyjną własnej osoby. Właśnie po to, by zostać przyjętym do pracy w agencji reklamowej. Wpadł na pomysł założenia na Facebooku strony o nazwie „Chcę, by Szczepan pracował dla Brainshake”. Miał nadzieję, że znajdą się trzy tysiące osób, które będą kibicować jego marzeniu. Tak chciał zrobić wrażenie na szefach agencji. – Po dwóch tygodniach miałem już 1500 fanów – opowiada. Ludzi, którzy w większości go nie znali, a chcieli mu pomóc. O akcji zrobiło się głośno, pisały o niej gazety, zainteresowała się telewizja. I choć firma, o której marzył, w końcu go nie zatrudniła, Szczepan nie żałuje. W Internecie zyskał sławę, a jego akcja stała się wzorem dla wielu osób poszukujących w ten sposób zatrudnienia.
A jak pokazują badania, Polacy coraz chętniej rozglądają się za ofertami w sieci. Z raportu pod tytułem „Rola Internetu w poszukiwaniu pracy”, przygotowanego przez firmę Gemius, płyną ciekawe dane. W 2006 roku zaledwie 4 proc. pracujących twierdziło, że udało im się zmienić pracę dzięki ogłoszeniom z sieci. W 2008 roku było to już 2 proc. Przełom przyniósł rok 2009, w którym aż 44 proc. ankietowanych przyznało się do znalezienia zatrudnienia przez Internet.
Co jednak mają zrobić ci, którzy nie potrafią zbudować swojego wizerunku z takim przytupem jak Szczepan? – Jeżeli chcemy pokazać się jako smaczny kąsek dla rekruterów, to musimy konsekwentnie budować swój wizerunek – radzi Paweł Opydo, bloger i specjalista od social marketingu. – To może być na przykład pisanie cennego bloga albo doradzanie innym – dodaje.
O tym, jak istotne są tropy, jakie zostawiamy za sobą w Internecie, mówią badania. Według serwisu Career Builder, blisko połowa amerykańskich pracodawców sprawdza w sieci potencjalnych
kandydatów. Jedna piąta pracodawców przyznaje też, że dane uzyskane z Internetu pomogły im w znalezieniu właściwego pracownika. – W Polsce obserwujemy podobny trend. Wirtualny obraz kandydata staje się coraz bardziej istotny w procesie rekrutacji, szczególnie na stanowiska specjalistyczne – potwierdza Elżbieta Flasińska z Grupy Pracuj, do której należy portal Pracuj.pl. – Ostatnio na znaczeniu zyskują informacje, które można znaleźć o kandydacie w serwisach społecznościowych. Obserwacja poczynionych tam dyskusji pozwala nie tylko zorientować się, czy kandydat dba o swój profesjonalny wizerunek w sieci, ale także, czy posiada deklarowaną w CV wiedzę merytoryczną. Daje też obraz wielu umiejętności miękkich kandydata, takich jak prowadzenie rzeczowej dyskusji, argumentowania, reakcji na krytykę czy otwartości na sugestie innych użytkowników. Za błąd może być na przykład postrzegane nieodpowiednie, bo zbyt prywatne zdjęcie – dodaje Elżbieta Flasińska.
– Rekruter nie sprawdza kandydata w Internecie po to, by znaleźć jego kompromitujące fotografie. A przynajmniej nie tylko po to – wyjaśnia Paweł Opydo. Problem w tym, że raz wrzucone treści do Internetu mogą rzutować na wizerunek przez bardzo długi czas. I nie chodzi tu tylko o zdjęcia. – W CV możesz napisać, że masz lekkie pióro, a twoim największym hobby jest teatr. Ale w Google znajdę na przykład blog, na którym wbrew wszelkim zasadom ortografii piszesz o swojej ukochanej kolekcji filmów dla dorosłych – żartuje. –Wrzucając cokolwiek do sieci, dobrze się od razu zastanowić, jak wpłynie to na postrzeganie naszej osoby przez innych – dodaje.
Gwałtowne zacieranie śladów po kompromitujących internetowych wybrykach to też niezbyt dobre rozwiązanie. – Przyniesie gorszy efekt niż znalezienie przez potencjalnego pracodawcę naszych zdjęć z imprez. Skasować blog? Zostaną kopie widoczne w wyszukiwarce. Usuwać zdjęcia? Zawsze się o czymś zapomni – wylicza Opydo. – Raz na jakiś czas warto jednak zrobić porządek i powyrzucać fotki, których nie chcemy już pokazywać innym. Ale nie z dnia na dzień, tylko stale. Problem polega na tym, że w realu jesteśmy nauczeni dbać o swój społeczny wizerunek. W sieci zaś wydaje nam się, że nie stanowi to problemu. Do czasu – podkreśla.
Jak pilnować, by w Internecie pojawiały się na nasz temat tylko takie treści, które nam nie zaszkodzą? Co jakiś czas wpisać swoje nazwisko do wyszukiwarki i zobaczyć, co wyskoczy. Taką metodę poleca Szczepan Bentyn. – Regularnie sprawdzam, co o mnie piszą w sieci, nie pozwalam też oznaczać się na zbyt wielu zdjęciach na Facebooku – przyznaje. – Zacząłem tak robić po tym, jak przytrafiła mi się ciekawa historia. Napisałem na blogu, że na jednej konferencji poznałem Marcina Starka, wysoko postawionego dyrektora z Allegro, że siedzieliśmy obok siebie i żartowaliśmy. Następnego dnia Marcin Stark skomentował moją notkę i poprosił o skorygowanie jednej informacji. Wyguglał sam siebie i napisał do mnie, zwykłego blogera, żebym poprawił wpis! Wtedy stwierdziłem, że też muszę tak robić i regularnie wrzucam swoje nazwisko do wyszukiwarki – mówi.
Szczepan nie należy do wyjątków. Coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z tego, jak ważna jest dbałość o internetowy wizerunek. Z badań przeprowadzonych przez portal Profeo.pl wynika, że prawie co trzeci ankietowany szuka w sieci informacji o nowo poznanych osobach. 42 proc. internautów raz na kilka miesięcy wpisuje swoje nazwisko do wyszukiwarki. Co dziesiąty robi to raz na miesiąc. Im ktoś znajduje się wyżej w biznesowej hierarchii, tym częściej sam siebie sprawdza w ten sposób. A jeśli ktoś potrafi to wykorzystać tak jak bezrobotny amerykański copywriter, długo nie pozostanie bez pracy. Alec Brownstein, o którym mowa, wpadł na świetny pomysł. Za 6 dolarów wykupił ogłoszenie z prezentacją własnej osoby, wyskakujące w wyszukiwarce po wpisaniu nazwisk dyrektorów największych agencji reklamowych. Efekt? Niemal wszyscy dyrektorzy zaprosili go na rozmowę kwalifikacyjną, a dwaj zaproponowali mu pracę. Ciekawe, że jeszcze nikt w Polsce nie wykorzystał tego prostego i genialnego pomysłu. Może warto?
Mariusz Nowik
Jak się przed tym bronić? Można po prostu złapać byka za rogi. Tak jak zrobił to 23-letni Szczepan Bentyn. – Nie ukrywam, nie mam takiego CV, które zainteresowałoby wiele firm. Liczyłem raczej na to, że osiągnę swój cel pewną bezczelnością – opowiada Szczepan. Dlatego zorganizował największą w polskim Internecie akcję promocyjną własnej osoby. Właśnie po to, by zostać przyjętym do pracy w agencji reklamowej. Wpadł na pomysł założenia na Facebooku strony o nazwie „Chcę, by Szczepan pracował dla Brainshake”. Miał nadzieję, że znajdą się trzy tysiące osób, które będą kibicować jego marzeniu. Tak chciał zrobić wrażenie na szefach agencji. – Po dwóch tygodniach miałem już 1500 fanów – opowiada. Ludzi, którzy w większości go nie znali, a chcieli mu pomóc. O akcji zrobiło się głośno, pisały o niej gazety, zainteresowała się telewizja. I choć firma, o której marzył, w końcu go nie zatrudniła, Szczepan nie żałuje. W Internecie zyskał sławę, a jego akcja stała się wzorem dla wielu osób poszukujących w ten sposób zatrudnienia.
A jak pokazują badania, Polacy coraz chętniej rozglądają się za ofertami w sieci. Z raportu pod tytułem „Rola Internetu w poszukiwaniu pracy”, przygotowanego przez firmę Gemius, płyną ciekawe dane. W 2006 roku zaledwie 4 proc. pracujących twierdziło, że udało im się zmienić pracę dzięki ogłoszeniom z sieci. W 2008 roku było to już 2 proc. Przełom przyniósł rok 2009, w którym aż 44 proc. ankietowanych przyznało się do znalezienia zatrudnienia przez Internet.
Co jednak mają zrobić ci, którzy nie potrafią zbudować swojego wizerunku z takim przytupem jak Szczepan? – Jeżeli chcemy pokazać się jako smaczny kąsek dla rekruterów, to musimy konsekwentnie budować swój wizerunek – radzi Paweł Opydo, bloger i specjalista od social marketingu. – To może być na przykład pisanie cennego bloga albo doradzanie innym – dodaje.
O tym, jak istotne są tropy, jakie zostawiamy za sobą w Internecie, mówią badania. Według serwisu Career Builder, blisko połowa amerykańskich pracodawców sprawdza w sieci potencjalnych
| Warto wiedzieć jak dać się znaleźć pracodawcy |
| * załóż bloga dotyczącego twoich zainteresowań zawodowych * zarejestruj się w serwisach służących do budowania kariery, np. LinkedIn lub Goldenline * jeśli publikujesz w Internecie swoje prezentacje lub projekty, podpisuj je nazwiskiem * aktywnie udzielaj się na forach, wypowiedzi linkuj do bloga * zamieść na swojej stronie internetowej wzmiankę o sobie z adresem e-mail |
– Rekruter nie sprawdza kandydata w Internecie po to, by znaleźć jego kompromitujące fotografie. A przynajmniej nie tylko po to – wyjaśnia Paweł Opydo. Problem w tym, że raz wrzucone treści do Internetu mogą rzutować na wizerunek przez bardzo długi czas. I nie chodzi tu tylko o zdjęcia. – W CV możesz napisać, że masz lekkie pióro, a twoim największym hobby jest teatr. Ale w Google znajdę na przykład blog, na którym wbrew wszelkim zasadom ortografii piszesz o swojej ukochanej kolekcji filmów dla dorosłych – żartuje. –Wrzucając cokolwiek do sieci, dobrze się od razu zastanowić, jak wpłynie to na postrzeganie naszej osoby przez innych – dodaje.
Gwałtowne zacieranie śladów po kompromitujących internetowych wybrykach to też niezbyt dobre rozwiązanie. – Przyniesie gorszy efekt niż znalezienie przez potencjalnego pracodawcę naszych zdjęć z imprez. Skasować blog? Zostaną kopie widoczne w wyszukiwarce. Usuwać zdjęcia? Zawsze się o czymś zapomni – wylicza Opydo. – Raz na jakiś czas warto jednak zrobić porządek i powyrzucać fotki, których nie chcemy już pokazywać innym. Ale nie z dnia na dzień, tylko stale. Problem polega na tym, że w realu jesteśmy nauczeni dbać o swój społeczny wizerunek. W sieci zaś wydaje nam się, że nie stanowi to problemu. Do czasu – podkreśla.
Jak pilnować, by w Internecie pojawiały się na nasz temat tylko takie treści, które nam nie zaszkodzą? Co jakiś czas wpisać swoje nazwisko do wyszukiwarki i zobaczyć, co wyskoczy. Taką metodę poleca Szczepan Bentyn. – Regularnie sprawdzam, co o mnie piszą w sieci, nie pozwalam też oznaczać się na zbyt wielu zdjęciach na Facebooku – przyznaje. – Zacząłem tak robić po tym, jak przytrafiła mi się ciekawa historia. Napisałem na blogu, że na jednej konferencji poznałem Marcina Starka, wysoko postawionego dyrektora z Allegro, że siedzieliśmy obok siebie i żartowaliśmy. Następnego dnia Marcin Stark skomentował moją notkę i poprosił o skorygowanie jednej informacji. Wyguglał sam siebie i napisał do mnie, zwykłego blogera, żebym poprawił wpis! Wtedy stwierdziłem, że też muszę tak robić i regularnie wrzucam swoje nazwisko do wyszukiwarki – mówi.
Szczepan nie należy do wyjątków. Coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z tego, jak ważna jest dbałość o internetowy wizerunek. Z badań przeprowadzonych przez portal Profeo.pl wynika, że prawie co trzeci ankietowany szuka w sieci informacji o nowo poznanych osobach. 42 proc. internautów raz na kilka miesięcy wpisuje swoje nazwisko do wyszukiwarki. Co dziesiąty robi to raz na miesiąc. Im ktoś znajduje się wyżej w biznesowej hierarchii, tym częściej sam siebie sprawdza w ten sposób. A jeśli ktoś potrafi to wykorzystać tak jak bezrobotny amerykański copywriter, długo nie pozostanie bez pracy. Alec Brownstein, o którym mowa, wpadł na świetny pomysł. Za 6 dolarów wykupił ogłoszenie z prezentacją własnej osoby, wyskakujące w wyszukiwarce po wpisaniu nazwisk dyrektorów największych agencji reklamowych. Efekt? Niemal wszyscy dyrektorzy zaprosili go na rozmowę kwalifikacyjną, a dwaj zaproponowali mu pracę. Ciekawe, że jeszcze nikt w Polsce nie wykorzystał tego prostego i genialnego pomysłu. Może warto?
Mariusz Nowik
Oceń artykuł:
0.00
Powiązane artykuły:
Czy łatwo kupić dyplom w internecie?
Targi „Education & Career”
Czas na czasówki
Czego chcą studenci w pracy
Wirtualne Targi Pracy
Polscy blogerzy jadą do Gdańska
Chcemy pracować, nie leniuchować
Staż na najwyższym szczeblu
Młodzi połączeni i podłączeni
Pressmaniacy przybywajcie
Wystawił na aukcję... obcięty palec!
Blipnij

