Czemu egzamin jest jak partia brydża
2009/08/08 14:00 | dodał: trollbarbatus
Dariusz Jemielniak
Fot. archiwum
Fot. archiwum
Dlaczego kucie to najgorszy sposób uczenia się i jakich błędów wystrzegać się w trakcie sesji, mówi dr Dariusz Jemielniak, adiunkt Katedry Zarządzania w Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Zarządzania im. L. Koźmińskiego.
Jakie błędy popełniają studenci podczas egzaminów?
To oczywiście zależy od rodzaju egzaminu. Najczęstszym błędem w trakcie egzaminów pisemnych jest bazgranie jak kura pazurem. To często powoduje, że oceniający pracę jest zmuszony obniżyć ocenę. Po prostu nie wie „co autor miał na myśli”. Powszechne jest również ściąganie „na bezczela” i urządzanie przy tym dantejskich scen, upierając się, że „to nie ja”.
A w przypadku egzaminów ustnych?
Tutaj najczęściej zdarzają się dwie sytuacje. Albo studenci nic nie mówią i profesorowie muszą z nich wyciągać odpowiedzi prawie na siłę, albo – wręcz odwrotnie – studenci zalewają wykładowcę słowotokiem, z którego nic nie wynika. W obu przypadkach efekty mogą być opłakane dla studenta.
Dlaczego?
Osoby, które nic nie mówią, najwyraźniej obawiają się, że „wszystko, co powiedzą, może być wykorzystane przeciwko nim”...
...lub też są zestresowane.
To prawda, niemniej zazwyczaj wykładowcy nie są w stanie ocenić, czy „nicniemówienie” wynika z tego,
że ktoś rzeczywiście nic nie wie, czy może stres odjął mu mowę. To jest największy ból. I nierzadko po 20–30 minutach takiej niby-rozmowy jesteśmy my, egzaminatorzy, zmuszeni dać ocenę niedostateczną.
A słowotok?
To dość duży problem. Bo chociaż kadra akademicka z biegiem lat nabywa podobnych skłonności, to jednak jeśli student zaczyna mówić bez przerwy i – najczęściej – nie na temat, wówczas jest źle. Przede wszystkim zaczyna budzić podejrzenia, że nic nie wie i stara się „zagadać” profesora.
Czasami jednak po prostu wynika to z tego, że studentowi nie „podejdzie” pytanie i stara się jakoś udowodnić, że coś wie. I mówi coś, co – przynajmniej według niego – może mieć jakąś wartość.
Oczywiście, jest to możliwe. Jednak ani studenci, ani profesorowie nie są idiotami – zazwyczaj takie zachowanie jest jednoznaczne. Niemniej wszystko zależy od wykładowcy. Jeden profesor może dostrzec potencjał drzemiący w studencie, który chce opowiedzieć wszystko, co wie. Ale po prostu nie wie, jak „sprzedać” swoją wiedzę. Inny egzaminator może jednak odebrać to jako ewidentną chęć zagadania w sytuacji braku merytorycznej wiedzy.
Temu – podobno – ma pomagać przygotowywanie ściąg?
Jest to dość kontrowersyjny sposób nauki, aczkolwiek rzeczywiście niektórym to pomaga. Znacznie bardziej przydatne jest własnoręczne opracowywanie materiału do nauki – szczególnie skracanie materiału. Najlepiej stosować metodę 5:1, czyli z pięciu stron materiału zrobić jedną, a nawet pół strony. To pomaga. Najgorsze jest kupowanie gotowych opracowań zagadnień od innych osób. Nigdy nie wiadomo, czy ich autor jest dobrym studentem, czy może miernym słuchaczem, który po prostu wyczuł możliwość zarobku. Sam miałem sytuację, kiedy z mojego przedmiotu prawie cała grupa kupiła opracowanie. I właściwie wszyscy oblali. Kiedy bowiem przejrzałem ów „skrypt”, zobaczyłem mnóstwo błędów.
To oczywiście zależy od rodzaju egzaminu. Najczęstszym błędem w trakcie egzaminów pisemnych jest bazgranie jak kura pazurem. To często powoduje, że oceniający pracę jest zmuszony obniżyć ocenę. Po prostu nie wie „co autor miał na myśli”. Powszechne jest również ściąganie „na bezczela” i urządzanie przy tym dantejskich scen, upierając się, że „to nie ja”.
A w przypadku egzaminów ustnych?
Tutaj najczęściej zdarzają się dwie sytuacje. Albo studenci nic nie mówią i profesorowie muszą z nich wyciągać odpowiedzi prawie na siłę, albo – wręcz odwrotnie – studenci zalewają wykładowcę słowotokiem, z którego nic nie wynika. W obu przypadkach efekty mogą być opłakane dla studenta.
Dlaczego?
Osoby, które nic nie mówią, najwyraźniej obawiają się, że „wszystko, co powiedzą, może być wykorzystane przeciwko nim”...
...lub też są zestresowane.
To prawda, niemniej zazwyczaj wykładowcy nie są w stanie ocenić, czy „nicniemówienie” wynika z tego,
| krótko o nim |
| dr Dariusz Jemielniak Jest adiunktem w Katedrze Zarządzania wWyższej Szkole Przedsiębiorczości i Zarządzania im. L. Koźmińskiego wWarszawie. Specjalizuje się w zarządzaniu oraz nauce języków obcych. Ukończył z wyróżnieniem zarządzanie na Uniwersytecie Warszawskim, należał do Collegium Invisible – fundacji dla najzdolniejszych studentów i doktorantów. |
A słowotok?
To dość duży problem. Bo chociaż kadra akademicka z biegiem lat nabywa podobnych skłonności, to jednak jeśli student zaczyna mówić bez przerwy i – najczęściej – nie na temat, wówczas jest źle. Przede wszystkim zaczyna budzić podejrzenia, że nic nie wie i stara się „zagadać” profesora.
Czasami jednak po prostu wynika to z tego, że studentowi nie „podejdzie” pytanie i stara się jakoś udowodnić, że coś wie. I mówi coś, co – przynajmniej według niego – może mieć jakąś wartość.
Oczywiście, jest to możliwe. Jednak ani studenci, ani profesorowie nie są idiotami – zazwyczaj takie zachowanie jest jednoznaczne. Niemniej wszystko zależy od wykładowcy. Jeden profesor może dostrzec potencjał drzemiący w studencie, który chce opowiedzieć wszystko, co wie. Ale po prostu nie wie, jak „sprzedać” swoją wiedzę. Inny egzaminator może jednak odebrać to jako ewidentną chęć zagadania w sytuacji braku merytorycznej wiedzy.
Temu – podobno – ma pomagać przygotowywanie ściąg?
Jest to dość kontrowersyjny sposób nauki, aczkolwiek rzeczywiście niektórym to pomaga. Znacznie bardziej przydatne jest własnoręczne opracowywanie materiału do nauki – szczególnie skracanie materiału. Najlepiej stosować metodę 5:1, czyli z pięciu stron materiału zrobić jedną, a nawet pół strony. To pomaga. Najgorsze jest kupowanie gotowych opracowań zagadnień od innych osób. Nigdy nie wiadomo, czy ich autor jest dobrym studentem, czy może miernym słuchaczem, który po prostu wyczuł możliwość zarobku. Sam miałem sytuację, kiedy z mojego przedmiotu prawie cała grupa kupiła opracowanie. I właściwie wszyscy oblali. Kiedy bowiem przejrzałem ów „skrypt”, zobaczyłem mnóstwo błędów.
Tagi: jemielniak wspiz egzamin studia brydż Warszawa nauka wyższa szkoła przedsiębiorczości i zarządzania sesja dariusz jemielniak sprawy studenckie
Oceń artykuł:
0.00
Powiązane artykuły:
BUW dla nocnych marków
BUW znów na sów
RECEPTA NA SESJĘ!
Koźmiński: Uczelnia przyciągająca biznes jak magnes
Pasjonaci lepiej zdają egzaminy
Globalne o polskiej gospodarce
Egzaminy w sesji są zbędne?
Idzie sesja, rośnie presja
Sesja bez stresu
Największe błędy sesji
Krótsze studia przez piłkę nożną?
Blipnij

